Komiks – ODCINEK II – Wielkie Zmiany

Ciężko oprzeć się pokusie. Zakazany owoc zdaje się smakować najwyborniej.
Nic więc dziwnego, że amerykanie starają się ominąć obecne prawo na wszystkie możliwe sposoby.

Morskie granice terytorialne zaczynają przypominać stragany z produktami regionalnymi, z tym wyjątkiem, że wszystkie statki wypełnione są po brzegi alkoholem z różnych zakątków świata. Cierpiący na bezwzględne pragnienie konsumenci otwierają się na nowe doznania. Raczą się francuskimi koniakami i szkockimi whisky. Niezwykłą popularność zyskuje również whisky kanadyjska i wcześniej niedoceniany rum.
Eksperymenty z prowizorycznymi, domowymi destylarniami zapewniają egzystencję szpitalom. Są jednak tacy, którzy opanowali tę sztukę w minimalnym stopniu, wypuszczając na rynek podłej jakości i jeszcze podlejszego smaku zbożowe destylaty. Tak. Prohibicja w dużym stopniu to czas wódki i ginu. Zaletą tych dwóch gatunków alkoholu jest fakt, że nie muszą leżakować długich, suchych lat w beczkach. Aparatury często konstruowane były z żeliwnych wanien, stąd też pochodzi termin Bathub Gin.
Proceder ten nie był jedyną konotacją ze służbą zdrowia. Kilka destylarni stale funkcjonowało na licencjach medycznych, zakulisowo zwiększając produkcję i nasycając spragniony rynek.
Amerykanie próbują odnaleźć szczęście w przeróżnych lekarstwach zawierających „moc”. Na stosownych licencjach sprowadza się do Stanów torfowe whisky i włoskie bittery, obstając za ich leczniczymi właściwościami.

ODCINEK II – Wielkie Zmiany

Niektórzy szukają ukojenia dla swej duszy w modlitwie. Koszerne trunki i wino mszalne wyparowujące z klasztornych piwniczek staje się codziennym procederem.
Toniki i wody kolońskie w zastraszającym tempie znikają z półek sklepowych – może stąd niekiedy szlachetniejsze trunki zwie się perfumami.
Pośród tych wszystkich zawiłych zabiegów kiełkuje i błyskawicznie rozrasta się sieć barów zwanych „Speakeasy”. Działają one nielegalnie rzecz jasna, ale kto by się tym przejmował. Są przecież tak dobrze zakamuflowane. Swe dobrodziejstwa kryją w tajemniczych pokojach pod podłogą, za szafą, pod wanną i w innych jak najmniej oczywistych miejscach. Działają bez koncesji i promocji, więc polegać muszą na pantoflowej, szeptanej poczcie stałych i zaufanych bywalców. Były to prawdziwe „members club’y”, do których nie każdy mógł się dostać, ale każdy chciał. Blisko lat 30tych , pod koniec prohibicji takich barów było już kilkadziesiąt tysięcy.
Amerykanie na wszelkie sposoby starają się ominąć radykalne przepisy, jednakże pomimo licznych na to sposobów, żaden nie wydaje się być wystarczający…

Czekajcie na kolejne odcinki…

Komiks – ODCINEK II – Wielkie Zmiany

Ciężko oprzeć się pokusie. Zakazany owoc zdaje się smakować najwyborniej.
Nic więc dziwnego, że amerykanie starają się ominąć obecne prawo na wszystkie możliwe sposoby.

Morskie granice terytorialne zaczynają przypominać stragany z produktami regionalnymi, z tym wyjątkiem, że wszystkie statki wypełnione są po brzegi alkoholem z różnych zakątków świata. Cierpiący na bezwzględne pragnienie konsumenci otwierają się na nowe doznania. Raczą się francuskimi koniakami i szkockimi whisky. Niezwykłą popularność zyskuje również whisky kanadyjska i wcześniej niedoceniany rum.
Eksperymenty z prowizorycznymi, domowymi destylarniami zapewniają egzystencję szpitalom. Są jednak tacy, którzy opanowali tę sztukę w minimalnym stopniu, wypuszczając na rynek podłej jakości i jeszcze podlejszego smaku zbożowe destylaty. Tak. Prohibicja w dużym stopniu to czas wódki i ginu. Zaletą tych dwóch gatunków alkoholu jest fakt, że nie muszą leżakować długich, suchych lat w beczkach. Aparatury często konstruowane były z żeliwnych wanien, stąd też pochodzi termin Bathub Gin.
Proceder ten nie był jedyną konotacją ze służbą zdrowia. Kilka destylarni stale funkcjonowało na licencjach medycznych, zakulisowo zwiększając produkcję i nasycając spragniony rynek.
Amerykanie próbują odnaleźć szczęście w przeróżnych lekarstwach zawierających „moc”. Na stosownych licencjach sprowadza się do Stanów torfowe whisky i włoskie bittery, obstając za ich leczniczymi właściwościami.

ODCINEK II – Wielkie Zmiany

Niektórzy szukają ukojenia dla swej duszy w modlitwie. Koszerne trunki i wino mszalne wyparowujące z klasztornych piwniczek staje się codziennym procederem.
Toniki i wody kolońskie w zastraszającym tempie znikają z półek sklepowych – może stąd niekiedy szlachetniejsze trunki zwie się perfumami.
Pośród tych wszystkich zawiłych zabiegów kiełkuje i błyskawicznie rozrasta się sieć barów zwanych „Speakeasy”. Działają one nielegalnie rzecz jasna, ale kto by się tym przejmował. Są przecież tak dobrze zakamuflowane. Swe dobrodziejstwa kryją w tajemniczych pokojach pod podłogą, za szafą, pod wanną i w innych jak najmniej oczywistych miejscach. Działają bez koncesji i promocji, więc polegać muszą na pantoflowej, szeptanej poczcie stałych i zaufanych bywalców. Były to prawdziwe „members club’y”, do których nie każdy mógł się dostać, ale każdy chciał. Blisko lat 30tych , pod koniec prohibicji takich barów było już kilkadziesiąt tysięcy.
Amerykanie na wszelkie sposoby starają się ominąć radykalne przepisy, jednakże pomimo licznych na to sposobów, żaden nie wydaje się być wystarczający…

Czekajcie na kolejne odcinki…